Kategorie: Wszystkie | Hong Kong | Pekin | Shanghai | Xian | kulinarnie | praktycznie | przygotowania
RSS
poniedziałek, 25 października 2010
Chiny od Kuchni :-)

Przed wyjazdem nie byliśmy wielkimi miłośnikami, ani tym bardziej znawcami kuchni chińskiej. Czasem zamawialiśmy tradycyjnego „polskiego chińczyka”, w stylu kurczaka z ryżem w sosie różnorakim;-) Niekiedy ryż zamienialiśmy na makaron sojowy albo drób na wołowinę lub cielęcinę. I tyle by było specjałów.

Nie chcemy też tu udowadniać, że staliśmy się po tych 3 tygodniach fascynatami, którzy nagle wyrzucili z jadłospisu nasze pyszne polskie i nie tylko polskie jadło ;-)

Raczej chcielibyśmy napisać jak pobyt wpłynął na nasze wyobrażenia o kuchni chińskiej, ile stereotypów warto przełamać, ile nowych połączeń smakowych odkryliśmy. Co więcej ogromnie ciekawym doświadczeniem było obserwowanie zachowań przy stole i wyłapywanie różnic w manierach dotyczących jedzenia między Europejczykami a Azjatami.

W Chinach nie obowiązuje zasada „jak się je to się nie rozmawia”, w niektórych miejscach, w których byliśmy można nawet powiedzieć, że jest odwrotnie J Chińczycy uwielbiają rozmawiać, głośno dyskutować czy śmiać się przy stole. Wspólne biesiadowanie ma dla nich świetne walory integracyjne. Nie serwuje się raczej dań indywidualnie , najczęściej siedzi się przy okrągłym stole – gdzie na środku stoi kilka dań głównych, wokół zaś jest mnóstwo sosów i przystawek, a każdy wybiera dla siebie indywidualną kombinację. Bardzo często na stole stoi kociołek (często zwany mongolskim kociołkiem), w którym w gotującym wywarze mieszają się ze sobą różne inne składniki. W nieco lepszych restauracjach stoły mają regulowane płyty podgrzewające, do kociołka wrzuca się np. surowe kulki mięsne, rybne albo pierogi, które pięknie dogotowują się na naszych oczach.

Przywykły do chińskiego fast foodu serwowanego często w Europie turysta odkrywa po kolei nowe, ciekawe dania i smaki. Bardzo pyszne są pierogi, zwłaszcza typu „jiaozi” zrobione z ciasta podobnego do tego, z którego u nas wyrabia się knedle. Odkryciem dla nas była kaczka po pekińsku – otrzymuje się 3 rodzaje przerobionego kaczego mięska, w tym jedna część na zimno, do tego pokrojony w paski świeży zielony ogórek w zalewie octowej i cieniutko skrojona zielona cebulka. Wszystko układa się na cieniutkich placuszkach pszennych, uprzednio farsz polewając różnymi sosami, np. miodowo-sojowym. Zawija się to w małe naleśniki i zaczyna się po prostu rozkosz dla podniebienia.

Zupy w chińskim menu traktuje się na ogół jako dodatek do dań głównych, którym można po prostu popijać cięższe dania. Często są to wywary mięsne lub zupy na bazie glonów i grzybów. Niestety do gustu nie przypadły nam zupy-kleiki, typowe chińskie ryżanki, które często Chińczycy traktują jako podstawę śniadania.

Często sprawdza się we wschodnich Chinach zasada „szwedzkiego” stołu – bywają miejsca, w których wystarczy zamówić wyborną zieloną herbatę i można do woli wybierać sobie jedzenie wystawione na ladzie.

Napojem numer jeden w Chinach jest oczywiście herbata. Pija się ją namiętnie przy każdej okazji. W restauracjach, nawet najmniejszych i najbardziej obskurnych dostaje się zawsze na wstępie ciepłą herbatkę. W restauracjach często na stolikach stoją duże termosy z wrzątkiem do zalewania napoju. Podstawowym ekwipunkiem przy wyjściu na miasto są przezroczyste, plastikowe termosiki, które mają nawet specjalne sznurki, żeby wygodnie było je przy sobie nosić i koić pragnienie przez cały dzień. Herbata jest zawsze zaparzona ze świeżych liści, nigdy z torebek ekspresowych. Nigdzie też nie dostaniemy do herbaty cukru i naprawdę warto zapomnieć w Chinach o tym dodatku.

Mieliśmy okazję gościć kilka razy w tzw. domach herbaty, gdzie sprzedawca przygotowuje dla gości specjalny herbaciany rytuał, przy wykorzystaniu drewnianej, żłobionej lady, po której strumykiem rozlewa się gorącą wodę po zaparzonej herbacie lub przemytej czarce.

Picie pysznej herbaty, pięknie podanej może być prawdziwą przyjemnością, poniżej wspomnienie uroczej herbaciarni w okolicach szanghajskiej dzielnicy francuskiej.

Wyjątkowe są rozmaite połączenia smakowe – ale nie będziemy się dalej bawić w Marco Polo. Wiadomo, że miód + pieprz to rewelacja. Od Szanghaju po Hong Kong maleje zainteresowanie ssakami, a dominują owoce morza – kraby, ośmiornice, ostrygi, duuuuże krewetki często wystawione w akwariach przed restauracjami – jako wabik na klienta ;-)

Można też spróbować wielu pysznych ryb, w tym także dania np. z rekina. Jako, że oboje nie jesteśmy „crazy about sea food” – nie będziemy się nad tym tutaj rozwodzić.

Polecamy niektóre słodycze – zwłaszcza wypiekane ciasteczka, które są o wiele mniej słodkie niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. No i chyba wszystkie bez wyjątku owoce. Z egzotycznych np. potaje lub dżakfruty.

Na co radzimy uważać :-)

W ogóle to namawiamy do odważnego eksperymentowania, ale być może niektórym nasze uwagi mogą się na coś przydać. Nie polecamy zup typu „ryżanka” – przypominających wodę po rozgotowanym ryżu bez smaku. Chętni i odważni mogą spróbować chiński przysmak – drobiowe raciczki z pazurkami – marynowane, tudzież pieczone ;-) Lub ewentualnie kacze łebki. Niestety nie są zachęcające.

Na pewno warto mieć ze sobą choćby mały słownik kulinarny, gdyż niestety często mniejsze restauracyjki, zwłaszcza takie oddalone od centrum miejscowości nie zawierają angielskich nazw potraw i bywa uroczo kłopotliwie. W przeciwnym razie czeka Was niełatwy wybór z takiego menu:

Na koniec winna rekomendacja, która zapewni niemalże osiągnięcie stanu nirwany poprzez choćby jeden łyk tego boskiego napoju. Otóż wina specjalnością Chin nie są, jak wiadomo. Wyjątkowo na pewno można trafić na jakieś lepsiejsze wino śliwkowe, ale nam się trafił kapslowany iście jabolowy wyrób domowy – który przywiał smakiem bardzo odległe czasy :-)

 

Dzielnica Kowloon

Ostatni dzień spędziliśmy włócząc się po dzielnicy Kowloon położonej po drugiej stronie zatoki. Można się tam dostać metrem oraz promem, jednym i drugim bardzo szybko. Kowloon to ciekawy mix luksusowych butików i wyrafinowanych restauracji oraz dość ohydnych kamienic z popsutymi neonami w okolicy których panuje lekko szemrana atmosfera ;-) Jest to też dogodna baza dla turystów szukających taniego noclegu.

Szlak zwiedzania wiedzie od okolic portu i promenady nadbrzeżnej – gdzie można przejść się aleją gwiazd (wśród bardziej znanych Bruce Lee, Wong Kar Wai, Jet Li i Jackie Chan – ząś wieczorem odbywa się tam symfonia świateł), po drodze obejrzeć słynne budowle Kowloonu – takie jak dostojny hotel ‘Peninsula” czy dla kontrastu oryginalny Hong Kong Culture Centre z charakterystycznym wklęsłym dachem.

Idąc dalej Aleją Nathan Road, po drodze mijamy meczet (rzeczywiście na ulicy widać mniejszość muzułmańską zamieszkującą te okolice), „Koulun Park” z ogrodem chińskim. Na Kowloonie jest też sporo świątyń, im dalej na północ tym ich więcej – my zwiedziliśmy dwie, w tym Wong Tai Shin.

W Kowloon zjedliśmy nasz ostatni większy posiłek – tym razem dla odmiany w restauracji wietnamskiej. Przy okazji zobaczyliśmy fragment słynnego nocnego bazaru Kowloon (Night Street Market – Yau Ma Tei)  – który niestety przed 20.00 zupełnie rozczarowuje.

czwartek, 21 października 2010
Makau - resztki Portugalii we wschodnich Chinach

Wybierając się do Hong Kongu zaplanowaliśmy też odwiedziny niedaleko leżącej wyspy Makau. Jest to dawna kolonia portugalska, która podobnie jak Hong Kong stała się autonomiczną częścią Chin, pod koniec XX wieku. Do Makau dostać się można bardzo prosto – wodolotem z Hong Kongu, trwa to ok. godziny. Trzeba tylko mieć przy sobie paszport i wypełnić migracyjne karteczki przybycia i wyjazdu, gdyż podróżując między HKG a Makau dwukrotnie przekraczamy granicę.

Makau słynie z urokliwej, leniwej atmosfery europejskiego południa. Coś w tym na pewno jest, rzeczywiście można zobaczyć tam inną architekturę oraz poczuć się bardziej „na wakacjach” – ruch na ulicach jest dużo spokojniejszy i brakuje tam typowego dla Hong Kongu zgiełku.

Turyści zwykle chcą na początku zobaczyć słynną fasadę kościoła świętego Pawła. Kościół ten dwukrotnie przechodził pożar i nigdy nie udało się go odbudować. Widok na fasadę zwłaszcza z dołu (fasada znajduje się na wzniesieniu) rzeczywiście robi wrażenie, jakby coś tu się kiedyś zaczęło i nigdy nie skończyło. Widzieliśmy to jedynie w dzień, podobno jednak jeszcze ciekawiej wygląda to, gdy jest ciemno.

Jednakże nie podzielamy zachwytu autorów przewodników, Makau nie zachwyciło nas aż tak, jakby można było się tego spodziewać po opisach mówiących o „niepowtarzalnym połączeniu Europy i Azji” na jednym zakątku ziemi. Grubo przesadzone. Ślady po Portugalczykach owszem są, np. w postaci niewielu stylowych, ale zniszczonych kamieniczek i obecnego gdzieniegdzie języka pisanego, może trochę w leniwej atmosferze mijającego dnia. Ot i wszystko. Być może byliśmy tam za krótko.

Spodobał nam się jeden nowoczesny budynek, który góruje nad centrum miasta, dość oryginalnie zaprojektowany, dlatego wrzucamy fotę.

Zrobiliśmy sobie porządny spacer odwiedzając dwie stare świątynie. Pierwsza to Kun Iam, wybudowana ku czci bogini współczucia. Można do niej dojść spod fortów Montes, które są usytuowane zaraz obok fasady wspomnianego już kościoła. Druga to A-Ma Temple, leżąca na południowo-zachodnim skrawku wyspy, niedaleko wejścia do wewnętrznego portu. Radzimy tam podjechać autobusem. Jest to jedno z najstarszych miejsc kultu, pochodzące z czasów dynastii Ming. Znajduje się tam charakterystyczny relief kamienny przypominający dżonkę – poświęcony bogini, która ocaliła wyspę przed kataklizmem tajfunów.

I właściwie to by było na tyle, bo teraz siedzimy na lotnisku w Moskwie i czekamy na samolot do Warszawy:-) Co piękne zawsze się kończy. Ale to nie koniec bloga. Na pewno po powrocie wrzucimy jeszcze trochę fotek i wiele cennych rad PRAKTYCZNYCH;-) dla wszystkich wybierających się do Chin Wschodnich i Hong Kongu:-)

Spasiba za wnimanije:-) Niestety pobyt był za krótki, żeby podziękować po chińsku wszystkim za śledzenie naszego bloga ;-))

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Sprawdź wiadomości lokalne ze swojego miasta.